Pokazywanie postów oznaczonych etykietą landszaft. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą landszaft. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 4 listopada 2010

Stacja Kenitra

Nie było moim zamiarem, aby ten blog stał się swoistym dziennikiem podróży. Ale chwilowo jest to chyba nieuniknione.

Z Tangeru nie kursowały żadne pociągi w kierunku Marrakeszu, spowodowane było to, jak już wcześniej wspominałem, podmyciem torów przez ulewne deszcze. A więc pierwszą część drogi odbyliśmy autobusem. Autobusem, w którym oczywiście zapachem przewodnim była woń lekko przetrawionego pokarmu ;)

Dotarliśmy do Kenitry. Nie chciało nam się czekać pół nocy , na pociąg tzw. lepszych linii, zwłaszcza gdy okazało się, że za dwie godziny odjeżdża inny. I dzięki temu poznaliśmy kolejny zwyczaj podróżujących Marokańczyków - słuchanie muzyki z komórki. Stojąc w zatłoczonym korytarzu nad głową roztaczały się monofoniczne dźwięki oryginalnych, berberskich produkcji muzycznych przyprawionych disco - bitem. Zauważyliśmy również , że lokalsi uwielbiają włoskie romantyczne piosenki. Kolejowi didżeje prowadzą między sobą bitwę - wygrywa ten, którego komórka charczy najgłośniej. Przegrany bynajmniej nie schodzi z pola bitwy ze spuszczoną głową.






I tak oto w kakofonii arabskiego bitu, Erosa Ramazotti i padających na pysk baterii spędziliśmy chyba 6 albo 7 godzin.

Następny przystanek Marrakech !


czwartek, 28 października 2010

Tanger 4




Jedyną osobą która sama z siebie zwróciła się do nas z pomocną ręką , był młody chłopak, który pomógł nam dogadać się z kelnerem tutejszej kawiarni, mającym duży problem z matematyką i liczeniem drobniaków. Na odchodnym ostrzegł nas , że Tanger jest bardzo niebezpiecznym miastem. W czasach międzynarodowej strefy Tanger, miasto niejako wyjęte spod prawa, przyciągało artystów, szmuglerów, prostytutki, hazardzistów, szpiegów i całą rzeszę ludzi, którzy unikali konfrontacji z kodeksem karnym. Nie odczuliśmy żadnego zagrożenia na własnej skórze. Może też nie było ku temu wystarczająco wiele okazji. Jednak muszę przyznać, iż nie czułem się komfortowo robiąc tam zdjęcia, miałem wrażenie, że jestem wciąż bacznie obserwowany, a być może było to jedynie wrażenie spotęgowane zmęczeniem po rejsie, notorycznym niewyspaniem i pierwszym zderzeniem z tutejszą kulturą.


piątek, 22 października 2010

Afryka!!! Tanger 1



I oto dopłynęliśmy! Zima stulecia nas nie opuściła. Dotarła także do Maroka. Nasz prom, zamiast przybić do brzegu po trzech do czterech godzinach , trafił do portu po ponad sześciu godzinach bujania
.
Pierwsze wrażenie z Afryki - wszyscy wymiotują! Na początku zganialiśmy winę na sztorm, ale  po przybyciu do Tangeru, w którym okazało się, że " zima stulecia " obfitymi opadami deszczu zmyła tory na odcinku Tanger - Kenitra, zmieniliśmy zdanie. Marokańczycy mają to do siebie, że wymiotują w każdym środku lokomocji! Wymiotowali na statku, w autobusach podstawionym zamiast niekursujących pociągów, a i w pociągach da się zauważyć lub wyczuć tą przypadłość. Rodowici współtowarzysze w podróży przygotowani są na taką ewentualność i w momencie, gdy pasażer w pobliżu robi się zielony, lub wykonuje różne dziwne, łamane ruchy w kierunku połogi , lub foliowej torby, wyciągają metalowe puzdereczko, wypełnione czymś w rodzaju wonnego balsamu, smarują sobie albo kawałek dłoni albo obszar po nosem , i jakby nigdy nic odbywają dalszą część podróży.

Hmmm , strasznie interesujący post mi wyszedł. Nieprawdaż ?  ;D


Reasumując - dopłynęliśmy do Afryki !!!!!



środa, 20 października 2010

oko na Maroko

Zgodnie z obietnicą daną wczoraj Dzikowi :) Mała przerwa w publikowaniu zdjęć koni i osłów, choć przyznać muszę , że mnie okrutnie korci ;P Na tym polega urok Mijas, pełno się tam kręci zwierzyny nieparzystokopytnej. A więc żegnamy Mijas - i na tą okazję parę landszaftów .





Z Andaluzji, która miała być przysłowiowo - słoneczna , przepędziła nas zima stulecia ( albo coś około tego :) , a więc 20 stopni Celsjusza w lutym i upierdliwe deszcze. Nie zastanawiając się długo obraliśmy jedyny słuszny kierunek - Afryka !
W związku z tym, że "zima stulecia" panowała nie tylko na kontynencie, ale również na morzu, wszystkie szybkie ( 30 min ) kursy katamaranami wypasionych, hiszpańskich linii na trasie Terifa - Tanger, były odwołane. Po spędzeniu kilku godzin w porcie, z nadzieją, że może coś jednak popłynie, dowiedzieliśmy się, że z Algeciras, portu oddalonego o jakieś 25 km, wypływają, pomimo sztormów, promy marokańskich linii. A więc ruszyliśmy!!!

Ale o tym później ;P

czwartek, 14 października 2010

środa, 6 października 2010

Waldek z el Chorro

Prosto z Girony udaliśmy się o Malagi, skąd to, już nie drogą powietrzną, udaliśmy się do El Chorro.
I w tym momencie post ten kłóci się z ogólnie przyjętą koncepcją tego bloga. Miał to być blog poświęcony życiu ulicy, miał obrazować miejskie kontrasty, syf , brud, dokumentować miał ludzkie wzloty i upadki, przemijanie itp itd. Nic z tego. Na chwilę przyłożyłem aparat do oka, czego wynikiem okazały się trzy prezentowane poniżej landszafty ;)






Ok. W tak pięknych okolicznościach przyrody, a dokładniej stojąc w kolejce po bagietkę, ser i wino w lokalnym sklepie spożywczym, słysząc polską mowę podszedł do nas pewien gość ( ten ze zdjęcia ;). Przedstawił się jako Waldek z Katowic. Wzruszony tą chwilą spytał o to co tam w Polsce słychać. Wszyscy jak jeden mąż wymieniliśmy uśmiechami i po krótkim streszczeniu skończyliśmy na wspólnym śniadaniu, rozkładając się na karrimatkach. Zrobiliśmy Waldkowi kawy i poczęstowaliśmy jakimś ciastkiem. Podczas śniadania okazało się , że o kilku lat chodzi. Chodzi, przemierzając Europę. Idzie z Polski do Portugalii a co później , to się okaże. Tam gdzie Mu się spodoba zostaje na dłużej, takim miejscem okazało się oczywiście El Chorro. Jego życiem kieruje przyroda. Wstaje o świcie, kładzie się spać o zmierzchu. Je to co znajdzie, lub kupi, za zarobione pieniądze. Tęskni za bliskimi i rodziną, którą kazał nam pozdrowić. Co czynię za pomocą tego bloga, gdyż nie mam żadnych namiarów .
Śniadanie nie trwało za długo . Waldek był akurat w drodze więc zebrał się i ruszył dalej, dziękując za kawę i ciacho, po czy zniknął za najbliższym zakrętem .
Nie spotkaliśmy go więcej , gdyż z Chorro przepędziła nas zła pogoda.